SKĄD ZNAM AIOLI? I DLACZEGO Z BARCELONY?

Jest letni wieczór. Po długiej podróży lądujemy wreszcie w Barcelonie. Zanim z lotniska wydostaniemy się na stację kolejową, a stamtąd dotrzemy do hostalu będziemy naprawdę zmęczeni i bardzo głodni.

O dzieciach nie wspominając. Gdy wreszcie możemy udać się na miasto, żeby coś zjeść mija godz.22. Gościa w hostalu pytamy co poleca. Mówi, że wszędzie mnóstwo knajpek, także co kto lubi. Wspomina jednak o bardzo popularnej burgerowni. Pomysł niezbyt nam się podoba. Jakoś Południe Europy, Barcelona może mniej kojarzą nam się z burgerami. Spacerujemy z nadzieją na szybką konsumpcję. Wreszcie przechodzimy obok Kiosko, tej właśnie poleconej burgerowni. Masa ludzi stoi w kolejce przed lokalem. To nas przekonuje. W środku panuje spory ruch. Lokal nie jest zbyt duży. Jeśli chodzi o obsługę to kobieta za ladą przyjmująca zamówienia, kobieta przynosząca jedzenie i ci pracujący na zapleczu. Droga kolejki jest oznaczona, coś jakby na lotnisku przed przejściem bezpieczeństwa. Stojąc w niej z baru bierzemy specjalny formularz, na którym jednym z przeznaczonych do tego ołówków zakreślamy odpowiednie pola w celu złożenia zamówienia. Wybór burgerów jest naprawdę duży, a ceny dość wysokie. Pani przy kasie sprawdza nasze papierowe zamówienie, ewentualnie coś doprecyzowuje, przyjmuje pieniądze i wydaje napoje oraz stojak z numerem. Jeszcze w kolejce rozglądamy się za miejscami, ale nie zajmujemy ich jeśli przed nami jeszcze długie oczekiwanie na złożenie zamówienia. Raczej wszyscy rozumieją, że w pierwszej kolejności usiąść muszą ci, którzy już zamówili czy otrzymali jedzenie. Stoły i stoliki różnej wielkości i wysokości. Wspólne takie, różni ludzie obok siebie siedzą i keczup wspólny mają. W sumie nikt nikomu nie przeszkadza, każdy sprząta po sobie i podchodzą następni. Zajmujemy miejsca przy wysokim stoliku tuż pod oknem. Wreszcie otrzymujemy jedzenie, burgery są naprawdę ogromne. I pyszne. Jemy, patrzymy na Barcelonę nocą. Jesteśmy szczęśliwi. Teraz możemy kontynuować spacer. A jutro rano wyruszać do Besalu…
O AIOLI czytaliśmy już dawno. I strasznie się napaliliśmy na pójście tam. „Korona smaków” i obniżone ceny skutecznie nam to uniemożliwiły. W sobotę tuż po 14 przed lokalem kłębił się tłumek ludzi. To nie był dobry pomysł na wyjście z dziećmi. Udało się dwa tygodnie później, w niedzielę tuż po 16. Tym razem bez dzieci. Wchodzimy i jest jak w ulu. Masa ludzi, dość głośna muzyka, głośni goście, bo jest ich naprawdę wielu. I ciągle przychodzą kolejni. Ci którzy siedzą – w większości robią to przy takich właśnie jak w Barcelonie wspólnych stołach. W tym wszystkim uwijająca się obsługa, raczej w znacznej ilości. Przy wejściu jedna lub dwie panie odpowiedzialne za logistykę. Z uwagi na ogromne zapełnienie tego dość dużego lokalu, rozważamy opcję zabrania jedzenia ze sobą. Czy możemy na wynos. Tak, ktoś nas zapewnia, po czym znika. Więc po chwili po raz kolejny zadajemy to pytanie tym razem jednej z ww. pań. Tak można. Przyjmuje zamówienie. Czekamy, bo terminal gdzieś jest użytkowany, choć jak się potem okazało, stał po prostu w innym miejscu. No i potem już tylko czekanie. Patrzymy tak wokół i przypomina nam się ten lipcowy wieczór i ta barcelońska knajpa. Mijają kolejne minuty, co gdy się stoi przy barze, przy którym jest ogromny ruch, jest w sumie mało fajne. Pani, która przyjęła od nas zamówienie i zabrała ze sobą paragon przepada i nie pojawia się przez kilkanaście kolejnych minut. Pytamy tę drugą, trzeba czekać jeszcze 6 minut, a czekamy już 20. Słabo. W końcu pojawia się ta zaginiona i kompletnie nic nie jarzy, dwukrotnie myli się sądząc, że dopiero co przyszliśmy i chcielibyśmy namierzyć jakiś stolik. W końcu, po około 30 minutach, dostajemy zamówione burgery. Szybko do domu i… rozczarowanie! Wszystko jest zbyt słone, trudno rozróżniać jakieś smaki, jest słoność. Tyczy się to w szczególności, popisowego – wydawać by się mogło – ailoli. Cóż. Plusem jest to, że jest tego sporo. Nie każdy jednak jest zwolennikiem zeżarcia w ramach jednego dania buły, frytek , będących w rzeczywistości zaparzonymi ziemniakami oraz kaszy, która jest głównym składnikiem sałatki. Tyle. Raczej nie warte powtórzenia.
Generalnie z knajpą barcelońską AIOLI ma wiele wspólnego, ale efekt końcowy okazał się słabszy.

20140711_224330

20140711_224323-001

DSCF3669

DSCF3674

  • facebook
  • twitter
  • instagram
  • rss

2 thoughts on “SKĄD ZNAM AIOLI? I DLACZEGO Z BARCELONY?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *