Monika kochała życie…

Monika kochała życie, kochała południe, Hiszpanię i marzyła, że kiedyś na starość na małym balkonie będzie piła tam kawę… Stąd wszystkie podróże i wyjazdy, które nam organizowała przez wiele lat do małych miasteczek i ostatnio zawsze do ukochanego Cadaques. Kiedy Monia zmarła Malwina zapytała, dlaczego nie zdarzył się cud o który tak się modliliśmy, Łukasz powiedział, że może cudem były nasze ostatnie wspólne wakacje  I ostatnia wyprawa Francji i Hiszpanii.

Chciałem napisać kilka słów wspomnienia ale znalazłem trochę Jej zapisków z września i października.

 

[…]Od czego zacząć, w którym momencie. Może od tego, że gdy w 38 roku człowiek się namyśli, żeby raz jeszcze czyli już po raz trzeci człowieka na świat sprowadzić… Z radością na swoje odbicie w lustrze tuż przed czterdziestką patrzy i myśli, że jakoś to się wszystko dobrze poukłada, że musi się dobrze poukładać. A jeśli pojawią się problemy to nie ma opcji by z nich nie wyjść tzw. obronną ręką. Tak przynajmniej w moim przypadku było. Warto może jeszcze wspomnieć o tym, że zapotrzebowanie na kolejne dziecko powstało i z tego, że przekonana byłam, że naprawdę mocno się kochamy i, że świetnie w swoim towarzystwie się czujemy. Rozmawiamy ze sobą szczerze, żartujemy, nie mamy właściwie tematów tabu i z tego też jest masa śmiechu, a poza tym poczucie, że jest zapotrzebowanie na inteligentnych ludzi z poczuciem humoru, a głupcy zawsze mnie męczyli i nigdy nie miałam potrzeby spędzania z nim czasu, bo i w imię czego takie cierpienie – nigdy na to nie znajdowałam odpowiedzi, ani przekonującego uzasadnienia. W lipcu 2016 roku urodziłam Marcelinę. Pamiętam jakby to było, może nie wczoraj, ale całkiem niedawno. Cóż, z jednej strony nie wiedziałam jakie trudności przed nami, z drugiej patrząc z dzisiejszej perspektywy, która jest trudna, tym bardziej wiem, że jest ona do pokonania.

[…] Nazywam się M O-A, od 16 lat jestem żoną, jestem matką trojga dzieci – …… niespełna rok temu zaczęłam prosić Boga o cud, tydzień temu zażyłam swoją pierwszą morfinę.

Jest 14 września 2018 r. jem ostatni, póki co obiad a konkretnie drugie danie w szpitalu i myślę sobie, że gdyby to miała być jedyna „ostatnia radość” co mi do końca życia pozostała, to faktycznie niewiele. Dzięki Ci Boże, że mam dzieci, a nawet i męża.

Jak się słyszy od lekarza te wszystkie straszne rzeczy, to za kolejnym razem tak się to lekko przyjmuje, że aż samemu się człowiek dziwi. Ale jak na koniec czyta się podsumowanie w wypisie, hasła w stylu morfina, paliatywne (chociaż pierwsze łzy z tego powodu mam już wiele miesięcy temu za sobą), to jednak jakoś to człowieka porusza. I w ogóle co ja bym miała dzieciom powiedzieć. Łukasz, jako że obecnie ma już 15 lat, jest po kilku nazwijmy to rozmówkach ze mną w stylu „czy pewien jesteś, że matka jest ci jeszcze potrzebna?”, na co on „no co ty mamo? Pewnie, że tak!”. Z Marceliną z uwagi na jej młody wiek przeprowadzenie takiej rozmowy jest absolutnie niemożliwe, ale z Malwiną sprawy mają się jeszcze inaczej, za niespełna tydzień będzie mieć już 8 lat i jest niezwykle bystrą dziewczyną. Co miałabym jej powiedzieć „wybacz, ale musimy się niebawem pożegnać, radź sobie sama”?! I od razu myślę o tym, że mimo wszystko lekarz specjalista od walki z bólem, był u mnie wczoraj i wspominając o tym, bym zapisała się na wizytę w przychodni przeciwbólowej powiedział by wybrać termin za ok. miesiąc, więc tyle na pewno widzi mnie jeszcze na tym świecie. A tak serio to pewnie trochę dłużej. Tak beznadziejnie krótko i tak długo jednocześnie. Zobaczymy zatem jak się sprawy potoczą.

Póki co mam wypis ze szpitala, jeszcze kilka spraw tu do załatwienia w stylu wizyta w aptece, jakieś drobne zakupy, ale przede wszystkim dzisiaj przypada rocznica urodzin błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, do którego zabiegamy o wstawiennictwo w naszej sprawie już od dawna. I dzisiaj też, czy wręcz tym bardziej nie damy mu o tym zapomnieć. I jeszcze jedne urodziny w dniu dzisiejszym tj. księdza Bernarda. To historia nierozerwalnie związana z księdzem Jerzym, warta poświęcenia jej zdecydowanie więcej czasu.

[….]Wracamy z porannego spaceru. Przechodząc przy kolejny już raz w ostatnim czasie odświeżonym zakładzie pogrzebowym widząc pracownicę jego na progu komentuję, że wypatruje umarlaków i pytam przy tym Andrzeja czy widział czy zawiesiła na nas oko?!

[…] Cóż, choroba, chorobą, a pewne rzeczy pozostają niezmienne. Nie tylko wakacje w Katalonii, w Cadaques. Także i ostatni weekend wakacji w Juracie, choć w tym roku wyjątkowo trudno było znaleźć coś za przyzwoite pieniądze. Przede wszystkim zaś do kwestii niezmiennych zaliczam brak miejsc w Werandzie, smak śledzi w śmietanie z kartoflami w mundurkach stamtąd właśnie, i myśl, która pojawia się, gdy przy pierwszym obiedzie konsumowanym tam właśnie, na który składa się także niezmiennie fantastyczny smażony dorsz, sącząc wiśniówkę przypominam sobie, że i poprzedniego roku zamiar taki miałam by nabyć ją w Warszawie i rozsmakowywać się w niej w jesienne wieczory.

[…] Hiszpania…

Znowu, od wczoraj jesteśmy w Cadaques. Mimo choroby pewne rzeczy pozostają bez zmian. Na szczęście. Chociaż droga, którą w tym roku pokonaliśmy by dotrzeć do tego uroczego katalońskiego miasteczka różniła się znacznie od poprzednich. 25 lipca 2018 – środa. Pranek i pierwsza kąpiel w morzu zaliczona. Pierwsza podczas tego pobytu i pierwsza z protezami piersi. To nie jest najbardziej komfortowa sytuacja …

Dzisiaj A. wypatrzył na rp.pl artykuł „Tytuł profesora tylko dla moralnych” – cóż, tym gorzej

Wczoraj dotarliśmy do Portbou… Mieszkanie jest przezajebiste. W bocznej uliczce. Małym, oskrobanym budynku. Wchodzi się wprost ze stromej uliczki przez duże, białe drzwi z okienkiem. Po ich otwarciu zapiera dech w piersiach. Widać długi korytarz, biały, z kaflami na podłodze i wysokimi drzwiami na całej jego długości, po obu stronach, a na końcu patio. Obłęd.

Zapomniałam napisać, że naszą podróż rozpoczęliśmy w czwartek. We wtorek ja byłam na jednodniowym oddziale chemioterapii. Miałam w sumie cztery wkłucia, z czego trzy zakończyły się mega krwiakami. W sam raz na wyjazd na południe… Szczególnie, że wszystkie były tuż obok siebie. Jeden w dodatku nie tak od razu stal się krwiakiem. Wcześniej był plamą w jakimś niewiadomo jakim kolorze i przerażał mnie, zupełnie wbrew logice, że może zostanie niegojącą się miesiącami raną…

Jesteśmy już po wieczornym spacerze. Caniach, kawie i lodach nad morzem. Machnęliśmy dziś nawet churrosy z nadmorskiej blaszanej churraterii obsługiwanej przez przyjezdnego z Ameryki Południowej. I nie polecam. Jednak churros w stylu naszej rurki z kremem napakowany jak napoleonka to nie jest najlepszy pomysł. Ale zaliczone, potrzeby zaspokojone. Z czekoladą to generalnie nie dla mnie, tym bardziej, że gęsty czekoladowy wyciek z drugiej strony jest jednak nieciekawy. Jak dla mnie churros to z cukrem. Ale w Es Fornet w Cadaques są w takim dość dziwacznym kształcie i zbyt twarde i gumowe jednak. Nie zachwyciły mnie też churrosy z najsłynniejszej madryckiej churraterii. Także jak coś to zostaje nam Bar Na Rogu czy jakoś podobnie w Nerja. Jutro koniecznie stacja kolejowa, katedra, poranna kawa. Może uda nam się znaleźć sklepik ze znaczkami, skrzynkę pocztową. Mamy do wysłania kartki (tym razem namalował je Łukasz i Andrzej) do babci lub babć, lekarza (ale nie tę najładniejszą czyli z kościołem) i księdza Bernarda.

Użyłam może połowy ciuchów. Ale fakt – było naprawdę gorąco. Z tego co mi wiadomo, nawet w Polsce upał od jakiegoś już czasu, przekraczający trzydzieści kilka stopni.

Remont w Portbou i cava następnego dnia w ramach przeprosin za hałas. Wyjazd z Portbou i przejazd do Prowansji. Banulys sur Mer. Cadenet.

Mydło w płynie lawendowe. Montpellier – absolutnie piękne.

Cadennet – trzy piekarnie – w dwóch z nich można kupić quiche. Naprawdę pyszny. W jednaj z ww. jest w ogóle duży wybór różnych pyszności i można wypić tam kawę. Choć nie zdążyliśmy tego zrobić. W jednej z piekarni pani mocno już zaawansowana wiekowo zapytała skąd jesteśmy. Powiedziała, że jej matka pochodziła z Poznania.

 Lourmarine – urocze miasteczko z odrażająco wysokimi cenami. Mam na myśli koszyki, ciuchy, duperele. Przyznaję spodobał mi się koszyk – torebka. Taki delikatny , w kształcie prostokąta, miękki, z podszewką, zapinany na suwak, ale cena 69 euro…

Dobrze, że to wszystko już zobaczyłam,

Że nie gównozjadziłam,

Wczoraj tj. 4 września był pierwszy wtorek od wielu tygodni, gdy nie jechałam do szpitala, nie miałam chemii. Teraz mam już nie co tydzień, a co dwa taką przypominającą. Niestety odnoszę jednak wrażenie, że nie jest to wystarczające dla mojego organizmu. Generalnie to przez chwilę człowiek jakby zagubiony się poczuł. Ostatecznie ukoiliśmy nasz „żal” i pustkę poszpitalną w Winnym Przystanku. No nie ma chyba lepszej promocji w okolicznych kawiarniach, a w szczególności naszych ulubionych niż tam właśnie – kawa + croissant z dodatkami, wczoraj akurat był to dżem malinowy (dość słaby akurat) za 8 zł. Chwilowo nic mnie nie boli, więc korzystam. Korzystamy z pięknej pogody, co we wrześniu w Polsce wcale nie jest takie oczywiste. Najadłam się masę prochów i wygląda na to, że któryś okazał się być skuteczny. Niestety ostatnie dni to głównie objadanie się prochami i poczucie, że niestety nie przynoszą one całkowitej ulgi, że to gówno żre mnie na całego. Jednocześnie odsuwam od siebie tę myśl, bo trzeba wierzyć, a ja na którymś etapie choroby tę wiarę zdecydowanie wybrałam i wiem, że jej elementem jest ciągła wiara, nieustająca wiara, naiwna wiara, bardzo silna wiara i trudna wiara, szczególnie gdy codziennie boli. Dlatego niekiedy rozmyślam o tym, że boli to fakt, ale na pewno z jakiejś innej przyczyny niż ta najbardziej oczywista. To pierdolone choróbsko, ten pieprzony rak. Czy się nad sobą użalam – pewnie trochę tak i nic nikomu do tego, mam 41 lat i troje dzieci, a po urodzeniu Marceliny czyli ciut ponad dwa lata temu myślałam, że teraz już wszystko co najlepsze przede mną, że, jak już wspominałam, nie wydarzy się nic takiego z czym mielibyśmy nie dać sobie rady. I dalej chcę w to wierzyć. I jeszcze jedna uwaga co do użalania. Tak naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że nieużalanie jest częścią tej silnej wiary i mojej wiary w uzdrowienie. Codziennie modlimy się o to intensywnie i nawet gdyby ta modlitwa miała nie przynieść tego o co prosimy to widowisko, które przedstawia w chwilach modlitwy Marcelina warte jest tego. Dzisiaj – najpierw przynosi sobie poduszkę, tak jak ja i Malwina, by mogła klęczeć, siada na niej metr przed nami, bierze różaniec, składa ręce i z nim kokosi się na wspomnianej poduszce. Coś jednak najwidoczniej jest nie tak jak być powinno.  Wstaje i odnosi różaniec na stół, potem wraca na poduszkę i klęka, a konkretnie w tym klęku sadza wygodnie swoje małe dupsko na poduszce. Po krótkiej chwili zrywa się i zaczynają się występy. Zerka na nas zawadiacko i piszcząc ucieka do sypialni, lata tam, gdzie wie, że sama nie powinna, tuż potem znika na moment gdzieś w mieszkaniu, by równie szybko powrócić dając nam o tym znać najpierw tupotem swoich stópek na drewnianej podłodze, a następnie wychyleniem głowy zza ściany i radosnym krótkim piskiem, potem oblatuje łazienkę, stuka piąstkami w kabinę prysznicową i jeszcze różne takie tam w podobnym stylu. Urocze też jest, gdy podczas modlitwy powtarza to co jest w stanie powtórzyć w danym momencie, ostatnio gada coraz więcej, ale do niedawna główny akcent stawiała na amen oraz co poszczególne słowa. Jest radocha, jest duma, jest szczęście.

19 września 2018 r. kolejne wydarzenia, w szczególności zaś te wczorajszego środka nocy, kiedy to nie bacząc na nic CHCIAŁAM pruć głową prosto w ścianę, dzięki Ci Boże za tych nieudolnych robotników, co to sami taką ścianę potrafią postawić, wskazują jakoby miało z różnych względów nie spełnić się moje ogromne marzenie, że sama odprowadzam czy przyprowadzam do przedszkola na Śmiałą Marcysię.

[…] 30 września 2018 r. Na dwa dni, a może na tydzień przed kolejną tj. piątą chemioterapią rozmyślam to i owo. O włosach i nie tylko, że znowu je stracę. Trzeci raz w ciągu bodaj półtora roku. I, może to głupie, ale tak mi strasznie żal, tak przykro z tego powodu. Myślę też o tym co w najbliższych najpierw dniach, a potem tygodniach, może miesiącach będzie działo się ze mną. Pierwsza dawka chemii to jest zawsze cios i szok dla organizmu, nawet jeśli potem znosi się to nie najgorzej. Pamiętam jak przed poprzednią chemią, którą właśnie znosiłam całkiem dobrze i, co ważne, po której nie wyłysiałam, mówiłam zrezygnowana i nieszczęśliwa do Andrzej, że ten wysiłek, czy to cierpienie podejmuję jedynie z uwagi na dzieci, bo inaczej nie leczyłabym się już chemioterapią. Że już się śmierci nie boję. A teraz wiele miesięcy później muszę zacząć kolejną chemioterapię. Z tego co zrozumiałam – zdecydowanie cięższą.

[…] I kolejna rzecz – wierzyłam, wierzyliśmy, że wszystko idzie ku dobremu, bo to była właściwie pierwsza chemia, która przyniosła widoczne rezultaty, (w czerwcu) spotkaliśmy się z księdzem Bernardem Brienem, który udzielił mi sakramentu namaszczenia chorych i w międzyczasie byliśmy w podróży do Lourdes. Byliśmy pełni wiary i niestety wszystko potoczyło się inaczej.

[…] Gdy wróciliśmy z podróży złapałam doła, trochę przez to, że w Polsce, w Warszawie dzień był dużo krótszy, zaczęłam myśleć o tym, że lato niestety się kończy. Tęskniłam na Południe. (Co ciekawe – przez zasadniczą część mojego życia trzy miesiące lata były dla mnie wystarczające, cieszyłam się z nadejścia jesieni, wręcz to uwielbiałam, nie przeszkadzał mi brak słońca,…) Zaczęłam źle się czuć, zaczęły się jakieś bóle. Przyznaję – miałam wrażenie, że wróciłam 10 kilo cięższa, choć było to wręcz nieprawdopodobne i w pewnym momencie miałam jakiś problem z wciągnięciem brzucha. Choć z uwagi na moje osobnicze cechy robiłam to przez zasadniczą  część życia… Ostatecznie stało się tak, że od chemii do chemii, od bólu do bólu… Ostatecznie 10 września znalazłam się w szpitalu z wielkim bólem. Nie dało się już kolejnego dnia, ani nawet kolejnych godzin wytrzymać w domu. Zdecydowałam się jechać. Tam zrobili mi tomografię komputerową i okazało się, że to gówno toczy moje ciało coraz szybciej i coraz bardziej. Nic nie udało się z tym zrobić. Dostanę kolejną chemię i w dodatku właściwie na własne życzenie szykuję się na założenie portu, którego bardzo nie chciałam, i przed którym uciekałam skutecznie przez półtora roku. Jednak moje żyły są już kompletnie niewydolne i nie ma wyjścia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *