Jestem Rosa, reż. Lais Bodanzky

jestm Rosa

Znajoma powiedziała kiedyś, że moment, w którym uświadamiamy sobie, że jesteśmy dokładnie takie jak nasze matki jest niewątpliwie, delikatnie rzecz ujmując, przełomowym momentem naszego życia. Zgadzam się z tym stwierdzeniem całkowicie. Ale w tych kategoriach patrząc jest jeszcze jeden przełomowy moment w naszym życiu – ten mianowicie, gdy uświadamiamy sobie, że nasze dorosłe życie jest bardzo podobne do życia, jakie wiedli nasi rodzice, że popełniamy te same błędy, a nasz mąż, co najmniej w pewnych kwestiach przypomina męża naszej matki,… O tym w znacznej mierze jest film, którego oryginalny tytuł brzmi „Jak nasi rodzice”, polski zaś „Jestem Rosa”. I o to tłumaczenie akurat należy mieć żal do dystrybutora, któremu tak w ogóle należą się wielkie dzięki. Tłumaczenie tytułu oddala nas od tego o czym jest film, na siłę wskazując, że Rosa, jest wyjątkowa, silna, odważna. Widz, który ogląda takie filmy nie musi być na to naprowadzany, nie mógłby tego nie zauważyć.
A Rosa musi być silna, masa spraw bowiem na jej głowie. I nie tylko o codzienne obowiązki, w których wypełnianiu nie pomaga jej mąż, tu chodzi. Gdy trzydziestoośmioletnia Rosa dowiaduje się nagle podczas niedzielnego obiadu u mamy, że jej ojcem faktycznie nie jest ten, którego za ojca do tej pory uważała, nie może mieć pojęcia, że tak naprawdę jej świat dopiero zaczyna się sypać. Po tym jak matka jej to obwieszcza, dość znienacka zresztą, przy innych członkach rodziny, będzie musiała znaleźć w sobie siłę, by temat kontynuować, i by znaleźć nić porozumienia z matką, by uświadomić sobie, że w jej życiu właśnie nastąpiły oba wspomniane wyżej, przełomowe momenty. A nie jest to łatwe. Matka Rosy to wyjątkowa kobieta, odważna, nawet bezczelna, denerwująca. Dużo pali, a umiera na raka trzustki, nie chce rozstać się z nałogiem, choć być może nieco przedłużyłoby to jej życie, zamiast brązowych kupuje czerwone buty i mówi, że to ostatnie przed śmiercią, za życia rozdaje swoje ulubione przedmioty i robi to z przyjemnością. Po ponad 38 latach milczenia przyznaje się do zdrady małżeńskiej będąc przy tym bardzo pewną siebie i z siebie zadowoloną, swego męża i ukochanego tatę swoich dzieci nazywa obibokiem i z radością obwieszcza im, że to ona pozbyła się go ze swojego życia. Z drugiej zaś strony strofuje Rosę, a jej męża obiboka i nadętego dupka wychwala.
No właśnie – małżeństwo i życie rodzinne Rosy to kolejny problem. Mąż – prawdziwe ciacho zabujane zresztą w sobie, nie pomaga jej w niczym, wiecznie gdzieś się ulatnia, chyba ma romans, a do tego całkiem otwarcie przyznaje, że w jego ocenie fundamentem dobrego małżeństwa jest seks.
Piękny film, piękne zdjęcia, wiarygodnie opowiedziana historia. Bo Rosy nie omijają też bardziej trywialne i zupełnie zasadnicze problemy, utrata pracy, obawa o brak pieniędzy, pyskująca córka. W tym wszystkim gubi się i ona. Spotyka kogoś, kto zachęca ją do wiary w siebie i podejmowania kolejnych prób pisarskich. W dodatku ma, w chwilach gdy żona mu nie towarzyszy, czas i ochotę słuchać o problemach Rosy i omawiać z nią różne dość abstrakcyjne kwestie. Jest uroczy, delikatny, wrażliwy i zabawny. A nawet ciut szalony. No dokładnie taki mężczyzna, o którym zapewne marzy większość pań. Także i Rosa, do momentu, gdy uświadamia sobie, że się łajdak żonie wypucował…
Dodatkowy plus za odrobinę szaleństwa i pikanterii – podczas spożywania z kochankiem wina w supermarkecie i za goliznę na jakże ruchliwym wiadukcie. I za zakończenie, dość jednak zaskakujące i, moim zdaniem, ciut stawiające Rosę w złym świetle, a przez to – wszystko uwiarygodniające. Ale to już każdy musi ocenić sam.
fot. aurorafilms

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *