50 wiosen Aurory (reż. Blandine Lenoir)


Przypadek Agnes Jaoui czyli tytułowej Aurory zdaje się potwierdzać, że kobieta jest jak wino. Choć od razu zaznaczam, że w mojej ocenie już dużo wcześniej była fantastyczna. Mnie nie zawiodła nigdy. Może tylko wtedy, gdy zamiast udać się do kina na „Sztukę uciekania” (reż. Bruce Cauvin), z jakiś dziś już nieznanych mi przyczyn, nie udałam się, a potem nie było możliwości obejrzenia filmu nigdzie indziej. I to, o ile pamiętam, przypadek jedyny. No chyba, że jeszcze ewentualnie wezmę pod uwagę to, że gdy dowiedziałam się, że Agnes Jaoui też śpiewa i gdy się już zdecydowałam na zakup dwóch jej płyt na amazonie to zanim one dotarły do mnie okazało się, że mój ojciec umiera. I tak nie umiejąc odmówić sobie słuchania tej fantastycznej, nastrojowej muzyki żyłam ze świadomością, że jego dni są policzone, a życie ot tak po prostu toczy się dalej. To wspomnienie niestety pozostało, ale mimo to słucham tych płyt bo są naprawdę świetne.

Kończąc powyższy wywód rekomenduję ten film, choć nie wszystkim oczywiście. Zdecydowanie nie każdemu się spodoba, z tej zresztą przyczyny na pokazie przedpremierowym byliśmy w kinie studyjnym (w którym zresztą są fotele sprzed 50 lat bodaj, tyle że po renowacji), w którym nawet nie karmią popcornem, a nie w jakiejś 10 salowej hali kinowej tuż przy czy też w centrum handlowym.
Film jest bardzo klimatyczny, czyli dokładnie taki w jakich zawsze gra Agnes Jaoui. Opowiada o przemijaniu. Aurora ma już 50 lat przekwita i ma uderzenia gorąca. Jej córeczki nie są już małymi dziewczynkami. Mąż zostawił ją dawno temu, ale teraz chce się rozwieść. Poza tym Aurora traci pracę i nie może znaleźć nowej. Ostatecznie znajduje ją w bardzo nietypowym domu spokojnej starości, poznaje tam panie zdecydowanie starsze od siebie, które choć wszystko je boli to potrafią cieszyć się życiem. Jest przemijanie, ale i jest młodość i nowe życie, dzięki któremu Aurora lada chwila zostanie babcią. I jest nadzieja, że zawsze mniej lub bardziej znienacka może spotkać nas coś wspaniałego.
Warto dodać, bo może z powyższego to nie wynika, że film jest bardzo zabawny, niektóre sceny wywoływały w widzach wręcz gromki śmiech. Jest też bardzo nostalgiczny i wzruszający. Gdy się jest czterdziestoletnią matką trojga dzieci, gdzie najmłodsze ma 14 miesięcy, a najstarsze tyle lat, w dodatku dość mocno chorą, trochę po różnych przejściach, chwilami naprawdę nie sposób powstrzymać łzy. Scena, w której Aurora tuż po tym, jak także i jej młodsza córka wyniosła się z domu, samotnie tańczy przy piosence, przy której tańczyła razem ze swoimi małymi córeczkami, i które to nagle znowu w jej wspomnieniach są maleńkie, mnie rozwaliła. Ale jak już wspomniałam jestem być może ciut rozemocjonowana.
Na marginesie dodam, że wspomniane kino ze starymi fotelami i bez popcornu to oczywiście Kino Elektronik, które mam tuż za rogiem. W tym to kinie planowałam obejrzeć przedpremierowy pokaz „50 wiosen Aurory” w cenie 10 zł za bilet. Traf chciał, że w tak zwanym międzyczasie udało mi się wygrać bilety od Aurora Films. A następnie pójść do kina, uśmiać się, poryczeć i zachwycić filmem. Wszystko jak planowałam, z wyjątkiem godziny seansu. Serdecznie polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *